środa, 23 czerwca 2010

Kochanka w szafie, czyli o soundtrackach cz I

Jak mówiłem tysiąc pięćset sto dziewięćset razy (a jak wiadomo nawet kłamstwo powtórzone tysiąc pięćset sto dziewięćset razy staje się prawdą) film jest miłością mego życia. Uwielbiam też muzykę, w przeróżnych jej postaciach i odcieniach, choć zaznaczyć trzeba, że na starość staję się spokojniejszy i bardziej melancholijny (czyt. nudziarski ;)) w dobieraniu brzmień. W każdym bądź razie trochę w życiu się nasłuchałem (test na fejsbuku mówi co innego, ale to dlatego, że radia nie słucham i się w hitach nie orientuję;) ). Czym jest dla mnie muzyka jeśli idziemy w uczuciowe porównania? Wieloletnią kochanką? A dobry filmowy soundtrack, będący gdzieś na spojeniu tych sztuk? Czymś jeszcze piękniejszym, tak pięknym jak marzenie nr I każdego samca ;), czyli sytuacja przedstawiona na obrazku(tak to reklama jakiegoś męskiego pisma, znaleziona kiedyś na jednej ze stron w stylu "super kreatywne reklamy"). Muza Druga stoi w szafie, tymczasem Muza Dziesiąta siedzi...

Ok, dywagacje o muzach, szafach i kobietach wskoczyły na dziwny tor. W każdym razie, soundtracki są fajne. Kiedyś, gdzieś przeczytałem o dwóch szkołach soundtracku (nie będzie to oryginalne, ale żeby nie było, że zrzynam z jakiegoś felietonu). Pierwsza uczy, że ścieżka dźwiękowa powinna być prawie niezauważalna, a wręcz dobrym symptomem jest sytuacja gdy jej po filmie nie pamiętamy - według wyznawców tego poglądu, oznacza to, że buduje lepiej napięcie, jest zintegrowana z obrazem i jednocześnie nie rozprasza widza. Druga szkoła mówi oczywiście całkiem co innego. Trudno mi powiedzieć kto ma rację, ja wiem jedno. Soundtrack musi bronić się także bez filmu. Kiedy mimo braku obrazu jest interesujący, znaczy, że jest ok.

Moja przygoda z soundtrackami zaczęła właściwie wtedy gdy zaczęła się na dobre przygoda z filmem - od wspaniałego"Truman Show" i tego - kawałek (a włączyłem go teraz po latach) nadal sprawia, że przechodzą mi ciary po plecach, jest w nim coś niepokojącego i pełnego energii jednocześnie, idealnie podkreśla nieciekawą sytuację zaszczutego bohatera, sytuację bez wyjścia - a ta wręcz "plemienna" rytmika i elektroniczna, jednostajna złowieszcza gonitwa na klawiszach (?) w tle...brrr (mrrr ;) ). Do tego jeszcze doprowadzający do łez nawet największego twardziela ;) "Truman sleeps" . Autorem muzyki do filmu jest jeden z geniuszy soundtrackowego biznesu - Phillip Glass.

Potem była muzyka do "Solaris" Soderberga - moim zdaniem idealnego filmu "do oglądania we dwoje", samemu trochę smutno, a ponieważ jest ryzyko powstania dużego emocjonalnego napięcia z kimś przypadkowym nie polecam, tym bardziej w większym gronie kumpli/kumpel ;). Co ciekawe to jeden z tych 2, 3 filmów które oceniłem na 9/10 w porywach do 10 gdy reszta świata albo nie znosi albo daje ledwie 6 - więc jak Ci się spodoba, możesz czuć się wyróżniony ;) Muzykę napisał pan Cliff Martinez (tak, tak ten pierwszy perkusista RHCP) i stanowi ona zbiór dosyć podobnych, ale stanowiących jedną, spójną całość hipnotyzujących, orkiestrowo-elektronicznych kompozycji. Jednych wkurza, mnie odurza ;). Warunki do słuchania: ciemny pokój, deszcz za szybą, dużo fioletu i niebieskiego, bądź opcjonalnie noc, przyciemnione ciepłe brązy, żółcie i rozmyte (spieprzony autofocus) kobiece (wedle preferencji) ciało na łóżku - najlepiej Nataschy McElhone, jednej z moich ulubionych aktorek drugoplanowych(w Solaris pierwszo^^) - grała również w Truman Show. Aj! Zapomniałbym o muzyce - klik i klik .

Na zakończenie tej części notki, muzyka filmowa, która fascynuje mnie od tygodnia (co widać po koncie na last.fm ;) ), ścieżka dźwiękowa, którą odkryłem na nowo po kilku latach za sprawą "gry-adaptacji". Pochodzi z kultowego (także dla mnie) filmu "Blade Runner" ("Łowca Androidów") - dzieła SF, jednego z czterech czy pięciu jeśli chodzi o ten gatunek, o którym mogę powiedzieć, że jest niemalże filozoficznym traktatem (takim jak np. wielbiona przeze mnie "2001: Odyseja kosmiczna"). Niezwykłe jest to, że film wysmakowany artystycznie (każdy kadr to dzieło sztuki, przepełnione cyberpunkową atmosferą i klimatem futurystycznych lat 80tych) jakim jest "Łowca.." jednocześnie jest dobrym kinem dla dużych chłopców (jak np. seria o Indianie Jonesie, także z Harissonem Fordem). Marzenie - On bezwzględny, twardy, władczy, ale o dobrym, mądrym sercu, Ona piękna, wyniosła, sprawia wrażenie opanowanej, ale tak naprawdę jak On zagubiona. Najpierw Ona (w tej roli Sean Young) - czarne, futurystycznie spięte włosy,smutne rubinowe usta, wielkie oczy i rozstrojone stare pianino (Memories of Green), potem on (Harisson Ford) - jak detektyw z filmu Noir, w prochowcu, ćmiący papierosa za papierosem, w wielkim brudnym, zadymionym mieście przyszłości, na balkoniku swojego małego, ciemnego mieszkanka na setnym piętrze i jego futurystyczny blues (Blade Runner Blues)....

0 komentarze:

Prześlij komentarz