Miałem "informować na bieżąco", a tu szast prast i jestem w Polsce (nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał). W ostatnim poście nazwałem Hiszpanie rajem. W tym stwierdzeniu kryje się szczypta goryczy. Jak wszyscy wiemy, RAJE NIE SĄ TANIE w utrzymaniu. W dniu mojego odlotu odbył się strajk generalny hiszpańskiej budżetówki. Protest (nawet napomknięto coś o nim w polskich wiadomościach) skierowany był przeciw 5-15 procentowym obniżkom płac w sektorze publicznym. Dlaczego? Ano kryzys i to co powoli staje się przekleństwem całej zachodniej Europy - przerośnięty social, który pochłania miliardy euro. I który sprawia, że statystyczny młody Hiszpan nie ma żadnej motywacji do pracy, bo za nic-nie-robienie dostaje rozsądne pieniądze, mając mnóstwo czasu na zabawę.
Widać to zwłaszcza w "hipisowskiej" Granadzie, gorącym południu (gdzie sama pogoda nie motywuje do pracy). Tam kilkugodzinne notoryczne spóźnianie się do pracy (ale raczej tych biurowych) staje się powoli normą, studenci nie przychodzą na zajęcia i generalnie imprezują. Przykład: 1:30 w nocy, poniedziałek, do tego w trakcie sesji, idziemy na autobus do Madrytu, ulica nie tak blisko centrum - zdrowy rozsądek podpowiada, że powinno być raczej pustawo. Pomyłka! Pełno młodych, roześmianych ludzi. I właściwie na pierwszy rzut oka nie ma w tym luzactwie nic złego. Parafrazując Monty Pythona ("And now something completely different") "Nikt nie lubi dobrze się zabawić bardziej niż ja... może tylko moja żona i jej koleżanki...no i kapitan Jonson. Właściwie to mnóstwo ludzi. Ale nie w tym rzecz!". Przez miesiąc jest to całkiem zabawne i sympatyczne. No ale kiedy w środku tygodnia słyszysz o godzinie 8-9 rano hałaśliwe powroty do domu z dyskoteki (która była tuż obok bloku mojej siostry z którą mieszkałem) to przestaje być fajne. Zaczynasz się zastanawiać, skoro w ogóle się nie uczą, tylko imprezują, to jakimi będą prawnikami, lekarzami itd... czy kiedyś nauczą się odpowiedzialności? Czy może pozostaną na garnuszku państwa aż cały system szlag trafi (na co na przykładzie Grecji się zanosi)?
W Granadzie (i reszcie południa) istnieje pewna "kasta nietykalnych", ludzie którzy zdają się być jakby wyrzuceni poza nawias społeczeństwa - młodzi czarnoskórzy (jak noc listopadowa), podejrzewam, że pochodzący z głębi Afryki (Sudan itd), przebywający półlegalnie mężczyźni. Wyglądają bardzo podobnie - zniszczona dżokejka, stare dresy albo tiszerty i szorty, wysocy, chudzi, z kamiennymi twarzami. Zajmują się jednym - w niesionych na plecach tobołach mają podrabiane zegarki, okulary przeciwsłoneczne, pirackie płyty na sprzedaż. Rozkładają się z towarem na ulicach albo milcząco noszą go między stolikami restauracji na "starówce". Nie mam pojęcia kto to od nich kupuje (nie widziałem żadnego chętnego). Ponieważ murzynów w Hiszpanii jest mało i w ogromnej większości zajmują się tym "handlem obnośnym", rzucają się w oczy - wydają się stanowić jakąś odseparowaną, gorszą grupę społeczną - zwłaszcza tutaj - otoczeni przez roześmianych zachodnich turystów i modnych, wyluzowanych Hiszpanów...
Ale Hiszpania przede wszystkim zachwyca. Piękne "lazurowe" plaże - ciekawe graniczenie morza z górami i wyżynami (niesamowite widoki). Miasta, pejzaże dają poczucie przestrzeni i wolności. Na każdym skrawku ziemi między Granadą, a Kordobą w równych rzędach rosą drzewa oliwne (nawet na stokach i super stromym nachyleniu) - taki krajobraz wygląda trochę dziwnie i fascynująco (później trochę nużąco) Alhambra zachwyca ogromem, kunsztownością detali arabesek, ale również ogrodami - które uchodzą (i rzeczywiście są) jednymi z najpiękniejszych w Europie. Natomiast pochód z okazji Bożego Ciała (Corpus Christi) trochę przereklamowany. Właściwie religijne święto jest tylko pretekstem do jeszcze większej ilości zabawy ;). To takie dziwne połączenie sacrum i profanum - Pokryte czerwonym suknem ołtarze Matki Boskiej w różnych częściach miasta sąsiadujące ze stoiskami z piwem ;)
Moją kamerką nakręciłem prawie półtorej godziny materiału (ponad 400 ujęć). Większość niestety jest kręcona do przysłowiowego kotleta albo skażona grzechem głównym początkującego "filmowca", czyli pompowaniem obrazu (niepotrzebne zoomowanie) czy zbędnym rozbieganiem, pośpiechem, szukaniem kadru. No ale z kilku, kilkunastu ujęć jestem zadowolony - mam nadzieję, że uda mi się coś przyzwoitego z tego zmontować.
No i w końcu powrót do domu. Najpierw gigantyczne lotnisko Barajas koło Madrytu (chyba największe po Heathrow), na szczęście świetnie oznakowane i mój drugi lot w życiu - z powrotem do Polski. Muszę przyznać, że źle oceniłem polskie widoki z lotu ptaka, (które 11 dni wcześniej o świcie były raczej dołujące). Podczas lądowania jest pięknie. Nad Warszawą unosiły się białe, puszyste chmury (nad Hiszpanią wiadomo czyste niebo). Moment w którym samolot ślizga się po nich, powoli zanurzając się w tą puchatą watę cumulusów był niezapomniany - potem widok domów, miast, kamienic, urozmaicony szachownicami pól cieszy oko, zadziwia na nowo.
Z bliska jest gorzej.Widać to zwłaszcza w "hipisowskiej" Granadzie, gorącym południu (gdzie sama pogoda nie motywuje do pracy). Tam kilkugodzinne notoryczne spóźnianie się do pracy (ale raczej tych biurowych) staje się powoli normą, studenci nie przychodzą na zajęcia i generalnie imprezują. Przykład: 1:30 w nocy, poniedziałek, do tego w trakcie sesji, idziemy na autobus do Madrytu, ulica nie tak blisko centrum - zdrowy rozsądek podpowiada, że powinno być raczej pustawo. Pomyłka! Pełno młodych, roześmianych ludzi. I właściwie na pierwszy rzut oka nie ma w tym luzactwie nic złego. Parafrazując Monty Pythona ("And now something completely different") "Nikt nie lubi dobrze się zabawić bardziej niż ja... może tylko moja żona i jej koleżanki...no i kapitan Jonson. Właściwie to mnóstwo ludzi. Ale nie w tym rzecz!". Przez miesiąc jest to całkiem zabawne i sympatyczne. No ale kiedy w środku tygodnia słyszysz o godzinie 8-9 rano hałaśliwe powroty do domu z dyskoteki (która była tuż obok bloku mojej siostry z którą mieszkałem) to przestaje być fajne. Zaczynasz się zastanawiać, skoro w ogóle się nie uczą, tylko imprezują, to jakimi będą prawnikami, lekarzami itd... czy kiedyś nauczą się odpowiedzialności? Czy może pozostaną na garnuszku państwa aż cały system szlag trafi (na co na przykładzie Grecji się zanosi)?
W Granadzie (i reszcie południa) istnieje pewna "kasta nietykalnych", ludzie którzy zdają się być jakby wyrzuceni poza nawias społeczeństwa - młodzi czarnoskórzy (jak noc listopadowa), podejrzewam, że pochodzący z głębi Afryki (Sudan itd), przebywający półlegalnie mężczyźni. Wyglądają bardzo podobnie - zniszczona dżokejka, stare dresy albo tiszerty i szorty, wysocy, chudzi, z kamiennymi twarzami. Zajmują się jednym - w niesionych na plecach tobołach mają podrabiane zegarki, okulary przeciwsłoneczne, pirackie płyty na sprzedaż. Rozkładają się z towarem na ulicach albo milcząco noszą go między stolikami restauracji na "starówce". Nie mam pojęcia kto to od nich kupuje (nie widziałem żadnego chętnego). Ponieważ murzynów w Hiszpanii jest mało i w ogromnej większości zajmują się tym "handlem obnośnym", rzucają się w oczy - wydają się stanowić jakąś odseparowaną, gorszą grupę społeczną - zwłaszcza tutaj - otoczeni przez roześmianych zachodnich turystów i modnych, wyluzowanych Hiszpanów...
Ale Hiszpania przede wszystkim zachwyca. Piękne "lazurowe" plaże - ciekawe graniczenie morza z górami i wyżynami (niesamowite widoki). Miasta, pejzaże dają poczucie przestrzeni i wolności. Na każdym skrawku ziemi między Granadą, a Kordobą w równych rzędach rosą drzewa oliwne (nawet na stokach i super stromym nachyleniu) - taki krajobraz wygląda trochę dziwnie i fascynująco (później trochę nużąco) Alhambra zachwyca ogromem, kunsztownością detali arabesek, ale również ogrodami - które uchodzą (i rzeczywiście są) jednymi z najpiękniejszych w Europie. Natomiast pochód z okazji Bożego Ciała (Corpus Christi) trochę przereklamowany. Właściwie religijne święto jest tylko pretekstem do jeszcze większej ilości zabawy ;). To takie dziwne połączenie sacrum i profanum - Pokryte czerwonym suknem ołtarze Matki Boskiej w różnych częściach miasta sąsiadujące ze stoiskami z piwem ;)
Moją kamerką nakręciłem prawie półtorej godziny materiału (ponad 400 ujęć). Większość niestety jest kręcona do przysłowiowego kotleta albo skażona grzechem głównym początkującego "filmowca", czyli pompowaniem obrazu (niepotrzebne zoomowanie) czy zbędnym rozbieganiem, pośpiechem, szukaniem kadru. No ale z kilku, kilkunastu ujęć jestem zadowolony - mam nadzieję, że uda mi się coś przyzwoitego z tego zmontować.
No i w końcu powrót do domu. Najpierw gigantyczne lotnisko Barajas koło Madrytu (chyba największe po Heathrow), na szczęście świetnie oznakowane i mój drugi lot w życiu - z powrotem do Polski. Muszę przyznać, że źle oceniłem polskie widoki z lotu ptaka, (które 11 dni wcześniej o świcie były raczej dołujące). Podczas lądowania jest pięknie. Nad Warszawą unosiły się białe, puszyste chmury (nad Hiszpanią wiadomo czyste niebo). Moment w którym samolot ślizga się po nich, powoli zanurzając się w tą puchatą watę cumulusów był niezapomniany - potem widok domów, miast, kamienic, urozmaicony szachownicami pól cieszy oko, zadziwia na nowo.
Na szczęście widok bociana uspokaja.

0 komentarze:
Prześlij komentarz