sobota, 11 września 2010

Dinozaury Rafała Kmity

W Małym Miasteczku właśnie odbywa się jedenasta edycja znakomitego Festiwalu tematycznie obracającego się wokół dawnej (przedwojennej) wielokulturowości miasta, w którym po sąsiedzku współistniały społeczności żydów, katolików, prawosławnych. Przetrwały trzy świątynie, zwykle będące niemymi świadkami tamtych niesamowitych czasów, w ciągu czterech festiwalowych dni zdają się ożywać.

Festiwal jest o tyle wyjątkowy, że był chyba pierwszą w naszym kraju imprezą o takiej wymowie (bardziej znany Festiwal Dialogu Czterech Kultur w Łodzi powstał później), oddającą hołd tamtemu światu, światu który na zawsze zmiotła wojna.

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie tamtą Rzeczpospolitą - ogromną, bo z Lwowem i Wilnem [ale bez Wrocławia], różnorodną jak tworzące ją wielomilionowe mniejszości i religie? 90 lat temu owszem, ale ten kulturowy tygiel dzisiaj? Nie do pomyślenia - jakbym nie próbował nie jestem w stanie tego sobie wyobrazić.

Trochę o tym, ale bardziej o czym innym, choć na pewno z dużą dozą nostalgii za umarłym światem był występ Grupy Rafała Kmity z programem "Wszyscyśmy z jednego szynela", który otworzył tegoroczny Festiwal. Na spektakl szedłem z pewnymi obawami. Do tej pory GRF kojarzyła mi się ze znanym szerokiej publiczności, rewelacyjnym (choć nadgryzionym trochę przez ząb czasu, tzn. zmianę rzeczywistości politycznej) skeczem "Radio" (klik!), ale głównie z bardziej teatralnymi niż kabaretowymi formami - świetnymi, choć gorzkimi, aktorskimi piosenkami np. "W małym kinie, w multikinie" (klik!). Zastanawiałem się jak szeroka widownia bądź co bądź niebiletowanego występu zareaguje na takie "nieśmieszne, teatralne dziwadła".

Po tym występie śmiało mogę stwierdzić, że idea inteligentnego, apolitycznego i mile absurdalnego kabaretu (niedościgniony wzór w tej kategorii to oczywiście Kabaret Potem), który jednocześnie z gracją łączy kulturę niską i wysoką (każdy widz znajdzie coś dla siebie) nie zginęła. Nie jest to kabaret przeintelektualizowany, zrozumiały dla garstki skrytych za okularami krytyków, a nawet jeśli balon powagi i teatralności niebezpiecznie rośnie jest w jednej chwili przekłuwany bezlitosnym ostrzem nierzadko mało wybrednego humoru. Nie jest to jednak kabaret w którym wystarczy wyjść na scenę przebranym za dresa bądź proboszcza i rzucić w odpowiednim momencie k*rwa, czy żarcik na temat Tuska/Kaczyńskiego żeby publiczność wiedziała kiedy wybuchnąć śmiechem. To po prostu kabaret artystyczny- dinozaur, żywa skamielina, gatunek na wymarciu.

Bo kto dzisiaj zdołałby zrobić program o XIX wiecznej Rosji nie nawiązując przy tym do Putina, Smoleńska i całej reszty? Program jakiego kabaretu przetrwałby 13 lat (premiera "Wszyscyśmy z jednego szynela" miała miejsce w 1997 roku!) nie tracąc w ogóle na aktualności?

Wydaje się, że mało który z twórców kabaretowych okupujących dzisiaj ekrany telewizorów oparł się pokusie łatwego humoru - mocno upolitycznionego czy opartego na prostych schematach. Mało który kabaret buduje gagi na grach słownych, o kulturowych, nawet prostych nawiązaniach nie wspominając.

A u Grupy Rafała Kmity? Wydawca-idiota poprawia "Zbrodnię i Karę" Dostojewskiego, doprowadzając wybiedzonego pisarza niemalże do apopleksji, zamieniając ją na "Orgazm i Chłostę" w którym nikt nikogo nie zabija, akcja dzieje się w saunie, a nie w Petersburgu, a komisarza Ponifrego zastępują dwie murzynki. Metroseksualni napoleońscy żołnierze (a jakże!) w 1812 roku próbują (nieskutecznie) przekonać rosyjskiego chłopa by oddał im żonę "na gwałt". Żona opłakująca leżącego na katafalku męża żali się lekarzowi, który stwierdził zgon, niczym bohaterowie "Tanga" Mrożka ("Genka, dosyć tych ekstrawagancji! Co za umieranie! Tego nigdy nie było w naszej rodzinie! "), że jest zaskoczona, że owszem mężowi zdarzało się nie wracać na noc albo godzinami się nie odzywać, ale żeby tak umierać? To się nigdy nie zdarzało! Długie, bo często kilkunastominutowe, pełne min, aktorskich popisów, smaczków skecze przeplatane są roztańczonymi, "wariackimi" zmianami dekoracji i refleksyjnymi piosenkami, a wszystko to polane skoczno-rzewnymi rosyjskimi melodiami i zanurzone w tym, szczególnym wschodnim klimacie, który uwielbiam, w świecie, który odszedł w zapomnienie i teraz może tylko przy czwartej wódce w niektórych z nas ożywa ;).

Ich występ poza napadami szczerego śmiechu, wywołał we mnie radość i smutek jednocześnie. Radość, bo okazało się, że jednak istnieją jeszcze kabarety które tworzą w duchu Potemów, że ktoś z różnym skutkiem, ale objął po nich schedę i że jest jeszcze w stanie rozbawić zwyczajną publiczność. Smutek, ponieważ przede mną wystąpił prawdziwy dinozaur, którego czas dawno już przeminął. Czasem myślę, że Władysław Sikora, twórca Kabaretu Potem rozwiązując grupę u szczytu popularności w 1999 roku przewidział koniec pewnej epoki. Grupa Rafała Kmity również wywodząca się z lat dziewięćdziesiątych (Potem powstało w 84 roku, ale faktycznie ich najlepsze czasy przypadały na lata 90te) póki co kontynuuje swoją sceniczną, kabaretowo-teatralną podróż. Oby jak najdłużej.

Na koniec bardzo liryczna piosenka bisowa w rosyjskich klimatach (na żywo, jak to na żywo 100x lepsza), która wydaje się mało kabaretowa, ale dzięki chórkowi pijanych kompanów w refrenach, zwłaszcza fenomenalnemu Grzegorzowi Klisiowi, całkiem zmienił się jej klimat i sceniczny wydźwięk.

0 komentarze:

Prześlij komentarz