środa, 20 października 2010

Jestem!

Tak to już chyba jest z przelewaniem na papier (nawet elektroniczny) czegokolwiek, że im więcej się dzieje tym, paradoksalnie, mniej się pisze. Odczuwam tą niemoc boleśnie - od trzech tygodni w mój mózg wwierca się pragnienie opisania tych wszystkich, wspaniałych Nowych Sytuacji które mnie otaczają, ale po prostu nie mogę - pokonuje mnie albo permanentny brak czasu, albo niemożność wydania z siebie czegoś więcej niż przeciągłego "eeee...". Co więcej, im dłużej się do tego zabieram tym gorzej - jakby moja pamięć trwała po prostu prawie doszczętnie zanikła zastąpiona przez przerośniętą pamięć krótkotrwałą- a ja przeładowany informacjami, nowościami, zdarzeniami pamiętam tylko to co wydarzyło się najdalej tydzień temu - reszta jest jakimś bezkształtnym, mglistym zlepkiem dni.

Najłatwiej będzie po prostu wyliczyć bez zachowania jakiejkolwiek chronologii to co pamiętam. Przez ostatnie trzy tygodnie:
- zdążyłem poznać co najmniej kilka sympatycznych i wartościowych osób. Te denerwujące, niesympatyczne i głupie jakoś mnie omijają albo przynajmniej nie rzucają się w oczy.
- obejrzałem 6 filmów w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego (w tym dwa naprawdę zajebiste).
- miałem przez 2 dni zakwasy po wuefie (na marginesie: wuefista wygląda jak Maleńczuk)
- 4 razy z braku czasu zjadłem kebaba na obiad.
- odkryłem, że lubię wracać do mojego mieszkania. Jego wystrój, przestrzeń i przede wszystkim ludzie którzy je zamieszkują sprawiają, że czuję się w nim bardzo dobrze.
- zapisałem się na warsztaty dziennikarskie (zapowiadają się ciekawie)
- widziałem faceta obtaczającego się w soli i drugiego malującego przez 20 minut swoją dłoń srebrem malarskim, a potem wycierającego twarz w rozsypany na stole czerwony barwnik (performance w Zamku Ujazdowskim).
- przeżyłem najbardziej roztańczoną noc w moim życiu na domówce w stylu lat 50-60-70 (niech żyje rock'n'roll!).
- zapłaciłem 22 zł za jedno piwo i możliwość niezbyt intensywnego "pogibania się" na parkiecie (lekcja nr. 1: nie znoszę clubbingu).
- spotkałem Boga kabaretu, czyli Dariusza Kamysa i dostałem od niego autograf.
- byłem pierwszy raz w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego (to prawda, że jest ogromna i wspaniała)
- widziałem prawdziwą polską złotą jesień (Warszawa potrafi być piękna!) na Muranowie
- i Człowieka Grającego Na Krześle ;)

Oczywiście w między czasie chodziłem i nudziłem się na zajęciach ;). Poza tym moja lista książek które "muszę koniecznie przeczytać" zaczęła znacznie się wydłużać i nie wygląda na to by w najbliższym czasie przestała przyrastać. Chyba na tym polega życie, za mało czasu - za dużo książek.

PS. W niedzielę i poniedziałek czekają mnie dwa koncerty - The Swell Season i Julii Marcell, na które nie ukrywam czekam z niecierpliwością (zwłaszcza na ten drugi). Mam nadzieję, że z wrażeń "po" ulepię jakąś relację. Tymczasem znowu zanurzam się w głębiny Morza Nowych Sytuacji. Bez odbioru!

0 komentarze:

Prześlij komentarz