Coś się zmieniło, coś przybyło. Cóż takiego? A no światło dzienne ujrzał Kulaż (odnośnik do niego znajduje się w rubryce "Reinkarnacje", więc łatwo można było go przeoczyć). I nic już nie jest takie samo ;)
Czym jest Kulaż i po co powstał? Jeszcze dokładnie nie wiem(y), ale jak się dowiem(y) to powiem(y) (przeczytajcie wspaniały wstępniak Czapli!). Miał być magazyn okołokulturalny o tematyce różnistej, póki co jest blog. Nazwa jest totalnie randomowa (choć wymyślona na trzeźwo!). Najprawdopodobniej pochodzi od słów "kultura" i "kolaż", ale pewności chyba nie ma nikt ;). Wiem na pewno, że nie chodzi ani o bycie "cool" (wszyscy mamy lansu dosyć ), ani od nazwy pewnej szacownej uczelni z Lublina. Kto go współtworzy? Pomysłodawczynią i naczelną Panią Redaktor jest Czapla, prawdziwa kobieta renesansu - poetka, żeglarka, ekonomistka i dziennikarka, natomiast resztę ciała blogowego stanowią równie wyjątkowe indywidua, mieszkańcy, jak to zostało określone w "preambule" Kulażu, lokalnego przytułku dla bohemicznie zbłąkanych, artystycznych dusz (czyli naszego studenckiego mieszkania), oraz moja skromna osoba.
Zachęcam do zaglądania na kulażowego bloga - minął ledwie tydzień od jego powstania, a już wisi na nim aż siedem bardzo ciekawych tekstów (mojego, który wypada przy pozostałych dość blado nie liczę ;)). Nie wiem czy dam radę, ale postaram się pisać w miarę regularnie obydwa blogi.
Relacja z koncertu Swell Season i Julii 'dojrzewa' we mnie i ukaże się na Kulażu ("relacja" która tam się znajduje to jak się okazuje dosyć czerstwy żart obśmiewający pogoń dziennikarzy za jak najświeższą informacją, czyli pierwsza na świecie relacja "przed" ;))
Czym jest Kulaż i po co powstał? Jeszcze dokładnie nie wiem(y), ale jak się dowiem(y) to powiem(y) (przeczytajcie wspaniały wstępniak Czapli!). Miał być magazyn okołokulturalny o tematyce różnistej, póki co jest blog. Nazwa jest totalnie randomowa (choć wymyślona na trzeźwo!). Najprawdopodobniej pochodzi od słów "kultura" i "kolaż", ale pewności chyba nie ma nikt ;). Wiem na pewno, że nie chodzi ani o bycie "cool" (wszyscy mamy lansu dosyć ), ani od nazwy pewnej szacownej uczelni z Lublina. Kto go współtworzy? Pomysłodawczynią i naczelną Panią Redaktor jest Czapla, prawdziwa kobieta renesansu - poetka, żeglarka, ekonomistka i dziennikarka, natomiast resztę ciała blogowego stanowią równie wyjątkowe indywidua, mieszkańcy, jak to zostało określone w "preambule" Kulażu, lokalnego przytułku dla bohemicznie zbłąkanych, artystycznych dusz (czyli naszego studenckiego mieszkania), oraz moja skromna osoba.
Zachęcam do zaglądania na kulażowego bloga - minął ledwie tydzień od jego powstania, a już wisi na nim aż siedem bardzo ciekawych tekstów (mojego, który wypada przy pozostałych dość blado nie liczę ;)). Nie wiem czy dam radę, ale postaram się pisać w miarę regularnie obydwa blogi.
Relacja z koncertu Swell Season i Julii 'dojrzewa' we mnie i ukaże się na Kulażu ("relacja" która tam się znajduje to jak się okazuje dosyć czerstwy żart obśmiewający pogoń dziennikarzy za jak najświeższą informacją, czyli pierwsza na świecie relacja "przed" ;))
***
"Franz kręci głową: "Kiedy społeczeństwo jest bogate, ludzie nie muszą pracować rękami i oddają się aktywności duchowej. Jest coraz więcej uniwersytetów i coraz więcej studentów. Żeby zdobyć dyplom, studenci muszą sobie wymyślać tematy prac naukowych. Tematów jest nieskończona ilość: o wszystkim na świecie można napisać dysertację. Zapisane kartki papieru piętrzą się w archiwach, smutniejszych od cmentarzy, ponieważ nikt do nich nie zagląda, nawet w święto zmarłych. Kultura tonie w masie produkcji, w lawinie pism, w szaleństwie ilości. Dlatego właśnie twierdzę, że jedna zakazana książka w twej ojczyźnie znaczy nieskończenie więcej niż miliardy słów, które z siebie wyrzucają nasze uniwersytety"
W tym sensie moglibyśmy zrozumieć słabość Franza do wszystkich rewolucji. Sympatyzował kiedyś z Kubą, potem z Chinami, a kiedy odstręczyło go okrucieństwo tych reżimów, pogodził się melancholijnie z tym, że pozostaje mu tylko morze liter, które nic nie ważą i nie są życiem."
W tym sensie moglibyśmy zrozumieć słabość Franza do wszystkich rewolucji. Sympatyzował kiedyś z Kubą, potem z Chinami, a kiedy odstręczyło go okrucieństwo tych reżimów, pogodził się melancholijnie z tym, że pozostaje mu tylko morze liter, które nic nie ważą i nie są życiem."
Chodzę na warsztaty dziennikarskie, dołączam do drugiego bloga, czytam mnóstwo gazet i książek (odnajdując w tym przyjemność, ale i obserwując w sobie przyziemną zazdrość czy strach przed tym, że ja nigdy nie będę potrafił, nawet w niewielkim stopniu, tak dobrze ujmować rzeczy w słowa [albo straciłem bezpowrotnie taką zdolność wiele miesięcy temu]) i zastanawiam się czy potrafię być wyrobnikiem słów? Czy jestem w stanie machnąć dobry artykuł w trzy godziny? Albo nawet mając na to AŻ dwa dni? Słowem, czy będę w stanie żyć z moich słów (piękne zdanie)? Parać się słowem, rozmyślnie nim manipulować i zarabiać na nim. Po prostu siadać i pisać, drrryń, gotowe, czas na następne zlecenie. Jeśli nie, to co mi pozostaje? Drwalem wszak nie zostanę. A i szczerze bałbym się o ludzi, którzy jeździliby zaprojektowanymi przeze mnie mostami albo spuszczali wodę w kiblach ze spłuczkami mojego pomysłu.
To już nawet nie chodzi o to czy jestem w stanie pisać dobrze, lepiej, ale o to czy jestem w stanie maskować swoją nijakość, pisać poprawnie tylko, po prostu wyrobić normę, bez wysiłku, swobodnie żonglować słowem, a tu wysmarować krótkiego newsa (nawet to sprawia mi problemy - "a może tak? A może inaczej to napisać? Może ostrzejszy tytuł? Niee, to zdanie zdecydowanie źle brzmi, trzeba je poprawić...a może nie?"), machnąć felietonik, a tam sklecić artykulik.
W końcu będę przecież musiał uczynić z mojej pisaniny rzemiosło, sposób na życie (jeśli to co wybrałem jest moim planem na przyszłość ofc, a póki co zakładam, że tak). Zresztą ze wszystkiego w końcu trzeba uczynić rzemiosło - sztuką jest zachować przy tym przynajmniej cząstkę spełnienia.
Wszystkiemu winien jest mój mocno ubogi i upośledzony, ale mimo wszystko jednak istniejący, cholerny pragmatyzm. W gimnazjum i liceum moja edukacja skupiała się wokół matematyki, której początkowo szczerze nienawidziłem, a potem w końcu polubiłem i nauczyłem się oszukiwać samego siebie i wszystkich wokół, że jednak ją rozumiem (matematyka przecież to czysta logika, a ja darzę sympatią wszelką logiczność). Przez te wszystkie lata byłem więc cichociemnym humanistą (nie znoszę tego słowa - i to nie tylko z powodu jego dzisiejszej powszechności - pierwszy objaw mojego pragmatyzmu), jeśli byliście w klasach matematycznych na pewno to znacie - na polskim jedyny aktywny, nadmiernie rozgadany, często niezrozumiały i bełkoczący, nierzadko wszystko kontestujący, ale raczej dla żartu, bo z polonistami nad wyraz dobrze żył.
Jako niepełny humanista, humanista niedorobiony jestem w położeniu nieciekawym - i nie chodzi tu o braki w wiedzy, to zawsze można nadrobić. Chodzi o ten cholerny, po części odziedziczony i po części nabyty w szkole i w domu pragmatyzm który teraz z całą siłą się ujawnia. O to, że nóż mi się w kieszeni otwiera kiedy czytam całe dysertacje, wielostronicowe naukowe wywody rozwodzące się nad tym czym jest proces komunikacji albo komunikacja masowa (komunikowanie intrapersonalne, interpersonalne, grupowe, społeczne, sprzężenie zwrotne w procesie komunikacji...), całe wykłady na których horyzoncie nie ma ani jednego konkretu, tylko pozorna wiedza zbudowana na chwiejnych podstawach setek teorii (co naukowiec, językoznawca to i nowa teoria), słownych gier, sztucznych podziałów, które nic nie wnoszą, a są tylko dzieleniem włosa na czworo, pustą, przeintelektualizowaną zabawą znudzonych środowisk naukowych - "morzem liter, które nic nie ważą i nie są życiem."
Oczywiście nie jest tak ze wszystkim co 'humanistyczne', ale z pewną częścią, zwłaszcza tą 'teoretyczną' owszem. I to właśnie sprawia, że czuję jeszcze większą pogardę do siebie - do tego życia z "aktywności duchowej" ("bo co to za praca!") i tak naprawdę pozorną, bardziej romantyczną niż prawdziwą, bo dyktowaną właśnie udawanym pragmatyzmem, tęsknotę za tym co namacalne, fizyczne, konkretne, proste i logiczne (pozorną gdyż mogę sobie pisać, że jestem praktyczny i lubię konkret, ale poza nieudolnym skręceniem mebla z Ikei albo wykręceniem żarówki na wiele mnie nie stać).
Wniosek: muszę w końcu zrozumieć, że jestem Franzem,
"pogodzić się melancholijnie z tym, że pozostaje mi tylko morze liter"
A może aż morze?

troszeczkę mnie to bawi - ja czytająca to, co Ty napisałeś. bo w zasadzie czemu? przypadkiem. przypadkiem jesteś moim sąsiadem na last.fm, przypadkiem tak mi się raz, drugi i trzeci kliknęło.
OdpowiedzUsuń na zawszeno tak - udało mi się napisać o przypadkowości, ale nie o rozbawieniu. dziwna przewrotności sytuacji polega na tym, że do pewnego stopnia utożsamiam się z tym, co piszesz o problemach z przynależnością do grupy humanistów czy też niehumanistów. i pomijając fakt, że taki podział jest dla mnie dość sztuczny, i że odrzuca mnie to przeintelektualizowanie, o którym wspominasz.. a może właśnie jako bezpośrednie następstwo tego faktu..
a może jeszcze inaczej. zabawna jest pokraczna symetria całej sytuacji - od października tego roku studiuję matematykę i jeśli zamienisz swoje wątpliwości na analogiczne, dotyczące obliczania tego i owego (nie chcę brukać Twojego bloga tymi wszystkimi nazwami, które aż się proszą o napisanie) - oto jestem.
pozdrawiam.
karaszka