niedziela, 29 maja 2011

Potrzebuję uczucia, ale mogą być browary

Nie lubię słowa browar, nie lubię żartów i memów o browarach (równie mocno co tekstów z gatunku 'biedny student - pusta lodówka'), bo generalnie ci którzy przypisują nadnaturalną moc browcom, najebce i studenckiej biedzie albo są gimnazjalistami napalonymi na życie poza domem, albo rzeczywiście ograniczonymi umysłowo studentami dla których życie studenckie ogranicza się tylko do najebki i o niczym innym myśleć nie potrafią. Ale tytuł tego posta, który jest cytatem pochodzącym z mojego głównego źródła informacji o świecie (nie jedynego ofc - jest jeszcze gazeta.pl.. ale patrząc po pojawiających się coraz częściej na jej elektronicznych łamach karkołomnych nagłówkach w stylu 'zabili go i uciekł' zaczyna być to źródło o podobnej wartości informacyjnej) czyli kwejka, całkiem mi się podoba. To jedno krótkie zdanie oddało stan mojego nieskomplikowanego ducha. No dobrze, może przesadziłem nie oddało do końca- browary nie wystarczą.. ale wino półsłodkie już tak.

To będzie akapit o moim życiu chybawewnętrznym , więc jeśli masz dosyć własnych problemów i pieprzenia na temat 'moje ego nie jest super' możesz go spokojnie pominąć.
Wiosna rozkwita, zaraz przyjdzie lato, ale w środku Arktyka i Syberia. Czuję się jakbym miał Aspergera - i nie chodzi tu o jakieś wielkie miłosne wyznania, kwiaty, kartki i rzęs trzepoty, a o zwykłe nowesytuacje codzienne. Nie stać mnie na zwykły uśmiech życzliwości do nieznajomej dziewczyny w autobusie ani na żadną zwyczajną, codzienną spontaniczność. Jestem grobową płytą. Jeśli już się uśmiecham to niewyraźnie i w złych momentach, a w duchu jestem zawistny, zimny, zaizolowany słuchawkami (w uszach, choć może i w duchu), jestem jak z 'Uważaj' CKODa, mijają mnie piękne i całkiem zwyczajne, radosne i zamyślone dziewczyny, mijają mnie wiosny, słomiane kapelusze, a ja kurczę się w sobie, przeklinam je i siebie, gardzę nimi i pożądam jednocześnie w zupełnym zagubieniu przepraszając za to że żyję. Cały czas coś gram, ale sam nie wiem dokładnie co, zamykam się na obcych, wszędzie upatruję fałszu i nieszczerości. Słowem nie jest dobrze, jest marazm i zwątpienie. Cały czas czekam, ale boję się że się nie doczekam - a wszystko przez to, że nie daję szansy losowi cały czas powtarzając sobie kiedy widzę Wiosnę jak czyta książkę w metrze i uśmiecha się po czym wysiada, że następnym razem wysiądę za nią i zapytam co czyta i co ją w tym rozbawiło. Zawsze jest następnym razem.

Wiele rzeczy wydarzyło się od ostatniego posta, a także kilka istotnych przed nim. Materiału wystarczyłoby na kilka notek, ale odtwarzanie tamtych wrażeń nie miałoby za bardzo sensu, nie byłoby autentyczne - pomyślałem więc, że opiszę każde z nich w kilku zdaniach, ot takie krótkie, mam nadzieję, że wystarczająco czytelne, ekspresje.

Zakrzów - był jeszcze śnieg, więc było to w okolicach ferii. Zakrzów to malutka wieś w okolicach Opola Lubelskiego, a Czapla ma tam domek letni. Przez jeden zimowy weekend razem ze znajomymi (9 osób) byliśmy lokalną atrakcją turystyczną. Pożyczyliśmy od okolicznych sąsiadów sanki (4 sztuki) i ruszyliśmy przez wieś w roztańczonym sankowym korowodzie, śmiejąc się i popijając wino aż dotarliśmy na brzeg oblodzonej Wisły. W międzyczasie nawdychałem się hektolitrów świeżego, mroźnego powietrza, zjadłem wielką jajecznicę. To był czas kiedy miałem jeszcze brodę :D. Było cudownie - całkowite oderwanie od rzeczywistości i trosk wszelkich. Po sesji w tym samym gronie zamierzamy wyprawę do Zakrzowa powtórzyć.Urodzinowy sen Machoniego - w końcu zrobiłem pierwszy prawdziwy film! Może 'prawdziwy' to słowo nad wyraz, ale ma fabułę, aktorów, sceny składają się z ujęć, więc chyba nie jest źle. Oczywiście nie uniknąłem błędów, ale biorąc pod uwagę absolutny brak doświadczenia, bazowanie na szczątkowym scenariuszu, pracę w całkowitej tajemnicy, zerowy 'budżet' i ograniczony czas to jest pewne osiągnięcie (a frajda była przy tym nieziemska). Nic z tego by nie wyszło gdyby nie pomoc przyjaciół i ich całkowite zaangażowanie :)


Dzień Białej Flagi - to wydarzenie związane z założeniem tego bloga i jego wystrojem. Przed Świętami Wielkanocnymi pojechałem do Torunia na zlot fanów Republiki, zlot wyjątkowy bo w tym roku mija 10 rocznica śmierci Grześka, 30 założenia zespołu i przy okazji wiele innych (chyba z 5 okrągłych rocznic związanych z Republiką). Poznałem spoko ciekawych ludzi, największych fanów, wszystkich dzięki Mateuszowi z fanklubu za którym wszędzie łaziłem. Wróciłem z plakatami i gadżetami, zawodziłem 'Paryż-Moskwę" (lepiej wylosować nie mogłem!) w konkursie karaoke (zdjęcie autorstwa Krizza poniżej). Beztroską zabawę zepsuła mi misja którą sobie wyznaczyłem - chciałem napisać reportaż o fanach... i zjebałem na całej linii - byłem słabo przygotowany, za bardzo nie wiedziałem jak to ma wyglądać, stąd słabe i mętne pytania, rozmów które przeprowadziłem nie nagrałem, próbowałem je notować, nie porozmawiałem z tymi z którymi chciałem, przez większość czasu zamartwiałem się i stresowałem zamiast dobrze się bawić. Materiał, który zebrałem i który jest raczej marnej jakości leży w teczce - do tej pory z różnych przyczyn go nawet nie przejrzałem i boję się, że już tego nie zrobię...

Mazurska wyprawa
-
mój pierwszy rejs po mazurskich jeziorach (okolice Giżycka i Węgorzewa czyli generalnie Mamry), cudowny majowy weekend, choć słońce mieliśmy tylko pierwszego i ostatniego dnia, a przez resztę rejsu było zimno jak diabli. Co zapamiętam: 1) odgłos fal uderzających o burtę łodzi kiedy nocowaliśmy w prowizorycznym porcie (nieprzystosowanym do jednostek takiej wielkości jak nasza, ale nie mieliśmy wyboru) połączony z absolutną ciemnością nocy - doświadczenie niemalże prenatalne 2) mycie pokładu w straszny ziąb i cudowny smak śniadania po wykonaniu pracy; 3) wrażenie, że trafiłem do innego świata kiedy pierwszego dnia wpłynęliśmy wieczorem do portu w Sztynorcie gdzie stało zacumowanych kilkaset łodzi, a na brzegu chodziło mnóstwo pijanych, śpiewających szanty ludzi (w tym czasie odbywał się koncert) którzy zawodzili marynarskie pieśni nawet podczas załatwiania swoich potrzeb w toalecie ;4) komendę: 'lewy foka szot wybieraj!' i parę innych.

Jednym z sposobów na wymiganie się od roboty na pokładzie było (a jakże!) kręcenie filmu, oto efekt :)



Debata 'Po co wracać do Ruandy?' - razem z Czaplą miałem przyjemność prowadzić w zeszły czwartek debatę o ludobójstwie w Ruandzie. Naszymi gośćmi byli Halina Bortnowska, Konstanty Gebert i Carl Wilkens, jedyny Amerykanin, który podczas masakry pozostał w Ruandzie by nieść pomoc potrzebującym. To zadanie spadło na nas niespodziewanie, po prostu na warsztatach dziennikarskich stowarzyszenia Polis na które chodzę padł pomysł, żeby taką debatę zorganizować i zgodziliśmy się tego podjąć. Stres był wielki, spina nad wymyśleniem jak to wszystko ma wyglądać również, ale mimo paru potknięć poszło całkiem nieźle.
Na dowód ;) link do wydarzenia na fejsie

To by było na tyle. Jak wiadomo sesja się zbliża, na wakacje na razie konkretnych planów brak, trzeba w końcu kupić bilety na Openera (może pojadę na Coldplaya z PJ), przydałoby się znaleźć jakąś pracę, praktyki żeby w Wawie zostać, a nie przeleżeć bezczynnie wakacji w Małym Miasteczku, niepostrzeżenie pierwszy rok studiów mija, aghrr...

3 komentarze:

  1. zapomniałeś napisać, że jesteś zajebistym studentem, masz fajne ocenki i zaliczone egzaminy. jest 2:17, zaczynam uczyć się matmy

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. "Chłopaku, odważ się, żadna mądra dziewczyna Cię nie wyśmieje" - to też kwejk. I niestety, łatwo jest "przespać świt". Chociaż z drugiej strony - to odważenie się jest bardzo trudne. I może trzeba jednak poczekać na (nie- wcale nie na odpowiedni), na "swój" moment. Tylko że jest jeszcze: "Don't wait for the perfect moment, take the moment and make it perfect" ;)
    I to też kwejk ;)
    Pozdrawiam,
    gje

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Kwejk mądrością narodu ;)

    Egzaminy in progress, jutro 0ówka z prawa xD

    OdpowiedzUsuń na zawsze